Pięć minut, które wstrząsnęło Warszawą. Największy rywal upokorzył Legię i zdobył mistrzostwo

Legia - Widzew w 1997 roku. FOT. MAŁGORZATA KUJAWKA)

To najsłynniejsze pięć minut w historii polskiej piłki. 18 czerwca 1997 roku Widzew Łódź pokonał na wyjeździe Legię Warszawa, choć do 88. minuty przegrywał 0:2. Zwycięstwo zapewniło łodzianom drugie z rzędu mistrzostwo Polski. To właśnie w 1997 roku toczy się akcja serialu "Rojst’97"dostępnego w serwisie Netflix od 7 lipca.

Lato ’97 i tygodnie tuż przed nim zostawiły ślady w naszej pamięci. Gdy losy bohaterów serialu Rojst krzyżowały się w mieście na Dolnym Śląsku, w rzeczywistości na stadionie przy ul. Łazienkowskiej 3 rozegrano jeden z najbardziej pamiętnych meczów w historii polskiej piłki nożnej.

Chociaż do kalendarzowego lata pozostało jeszcze kilka dni, to temperatura – nie tylko powietrza, lecz także na trybunach – rosła z minuty na minutę. Atmosfera gęstniała w oczekiwaniu na to, co wydarzy się za chwilę. Jak w "Rojst’97".

Był już doliczony czas gry, gdy prawą stroną na bramkę Grzegorza Szamotulskiego pomknął Dariusz Gęsior. Pomocnik Widzewa Łódź podał piłkę w pole karne, gdzie przyjął ją Andrzej Michalczuk, który płaskim strzałem zdobył trzecią bramkę dla swojej drużyny i zapewnił jej tym drugi z rzędu tytuł mistrza Polski.

Nikt nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie stało. Kibice Legii Warszawa, którzy już szykowali się do mistrzowskiej fety na starówce, nagle zamilkli. W sektorze gości zapanowała zaś euforia i na stadionie przy ulicy Łazienkowskiej słychać było tylko ich. A przecież jeszcze pięć minut wcześniej kibicom, piłkarzom i trenerom Widzewa wydawało się, że mistrzostwo Polski jest już stracone. To było jednak najlepsze pięć minut w historii łódzkiego klubu i najgorsze w historii Legii. Pięć minut, w czasie których Widzew strzelił trzy gole i choć do 88. minuty przegrywał 0:2, to wygrał 3:2 i na stadionie największego rywala świętował obronę mistrzowskiego tytułu.

Gol na wejście do "Teleexpressu"

Sytuacja w tabeli przed tym meczem była bardzo prosta. Do końca rozgrywek były dwie kolejki, a Widzew miał punkt przewagi nad Legią. Chociaż po tym spotkaniu obie drużyny miały do rozegrania jeszcze po jednym meczu, to wszyscy wiedzieli, że starcie w Warszawie zdecyduje o mistrzostwie Polski. W tamtym czasie Widzew i Legia były bezapelacyjnie najlepszymi zespołami w kraju i nikt nie miał wątpliwości, że w ostatniej kolejce łodzianie wygrają z Rakowem Częstochowa, a legioniści z GKS-em Katowice. Przed hitem w Warszawie Widzewowi wystarczał więc remis, Legia musiała ten mecz wygrać.

Niemal do samego końca wydawało się, że tak będzie. Drużyna Mirosława Jabłońskiego objęła prowadzenie w 11. minucie. Z rzutu rożnego dośrodkował Tomasz Sokołowski, a gola głową strzelił Cezary Kucharski. - Przed meczem na stadionie przywitał nas Marek Sierocki, który powiedział, że ma wejście na żywo do "Teleexpressu" i do tej pory ktoś musi zdobyć bramkę. W żartach odpowiedziałem, że biorę to na siebie - wspominał Kucharski w dokumencie "Łazienkowska 2/3".

Mecz Legia Warszawa - Widzew Łódź w 1997 r. Na zdjęciu Jacek Dembiński i Jacek Bednarz (FOT. MAŁGORZATA KUJAWKA)

12 minut po przerwie Legia prowadziła już 2:0. Ryszard Staniek podał do Sylwestra Czereszewskiego, który przebiegł z piłką kilkadziesiąt metrów, poradził sobie z biegnącym obok niego Rafałem Siadaczką i strzałem słabszą, lewą nogą pokonał Macieja Szczęsnego. - Wtedy byliśmy już praktycznie pewni, że jesteśmy mistrzami Polski - powiedział Marcin Mięciel.

Chociaż legioniści mieli korzystny wynik, nie przestawali atakować. W drugiej połowie w słupek trafił jeszcze Kucharski, a niedługo później sytuacji sam na sam nie wykorzystał Mięciel. - Gdyby Kucharski podwyższył na 3:0, to pewnie nigdy nie mówilibyśmy o tym, że Widzew tak dobrze wypadł w Warszawie - przyznał Dariusz Gęsior, ówczesny pomocnik łódzkiej drużyny.

Kontuzja, która spowodowała serialowy zwrot akcji

Zanim Widzew dokonał przy Łazienkowskiej cudu, o dokończenie meczu walczył sędzia Andrzej Czyżniewski. Arbitra na kilka minut złapały bolesne skurcze, które uniemożliwiały mu prowadzenie spotkania. Dzięki pomocy lekarzy obu drużyn udało mu się dokończyć mecz. Okazało się, że kontuzja sędziego była jak serialowy zwrot akcji. Po niej stało się coś, na co mogliby nie wpaść najlepsi reżyserzy światowego kina.

Chociaż po latach Szczęsny przyznawał, że w tej chwili całkowicie stracił nadzieję na odrobienie strat, to przerwa całkowicie wybiła z rytmu piłkarzy Legii. - Popełniłem błąd, że pozwoliłem im stać i odpoczywać. Dziś na pewno zachowałbym się inaczej i nakazałbym zawodnikom jakikolwiek ruch - przyznał Jabłoński. - Widzieliśmy, że rywale nie mają już sił. My dopiero się rozkręcaliśmy - dodał Sławomir Majak.

To właśnie 22-krotny reprezentant Polski dał Widzewowi nadzieję bramką kontaktową w 88. minucie. Chociaż Jabłoński dokonywał defensywnych zmian, by wzmocnić środek pola swojego zespołu, Legia nie ustrzegła się katastrofy. Dwie minuty po golu Majaka z lewej strony w pole karne gospodarzy dośrodkował Siadaczka, a wyrównującą bramkę głową zdobył Gęsior.

- Gra głową nigdy nie była moją mocną stroną, ale w trampkarzach grałem jako napastnik i strzelałem dużo goli. Lubiłem atakować i zwłaszcza gdy przegrywaliśmy, parłem do przodu i byłem nie do zatrzymania - wspominał Gęsior.

Chwilę po tym trafieniu stadion przy Łazienkowskiej znów oszalał z radości. Gol Marcina Jałochy nie został jednak uznany z powodu spalonego, a niedługo potem gospodarzy dobił Michalczuk.

Z radości rozbierali się do majtek

- Schodziłem z boiska z przekonaniem, że jestem w niebie, a po meczu znalazłem się w piekle - wspominał w rozmowie ze Sport.pl Kucharski, który boisko opuścił w 87. minucie meczu. - W Łodzi panowała euforia, a w naszej szatni grobowa cisza. Nie mogliśmy uwierzyć w to, co się stało. Mistrzostwo mieliśmy na wyciągnięcie ręki i daliśmy je sobie wydrzeć - dodał.

- Targały mną bardzo silne emocje. Wszyscy byliśmy w szoku. Nikt do nikogo się nie odzywał. Czułem się jak w amoku. Dopiero na drugi dzień doszło do mnie i naprawdę zrozumiałem to, co się stało. Otworzyłem gazetę, włączyłem telewizor, wszędzie mówiono o tym meczu. Przegraliśmy trochę na własne życzenie - wspominał na Sport.pl Czereszewski.

W zupełnie innych nastrojach byli kibice i piłkarze Widzewa. Wielkie święto trwało nie tylko w sektorze gości i murawie boiska przy Łazienkowskiej, lecz także w łódzkich pubach. Tak szaleństwo na mieście opisywała "Gazeta Wyborcza":

"W klubie 'Siódemki' na ul. Piotrkowskiej spotkanie transmitowane w Canal+ oglądało ponad 500 kibiców. Po bramce Majaka wszyscy oglądali już mecz na stojąco. Trzeciego gola widziało niewielu, bo ludzie skakali i rzucali się sobie w ramiona. Kilku mężczyzn z radości rozebrało się do majtek. Czerwono-biały pochód kibiców na głównej ulicy miasta łodzianie pozdrawiali z okien i balkonów. Do rana rozbrzmiewały okrzyki kibiców, w pubach i ogródkach. Samochodami ustrojonymi w barwy Widzewa podróżowało po Łodzi kilkaset osób. Kilkunastu mężczyzn na olbrzymich harleyach przywiązało do motocykli flagi łódzkiego klubu".

Korupcja? "Bzdura!", "Dajmy spokój"

Do dziś o meczu o krążą różne historie i legendy. Jedną z nich jest propozycja korupcyjna, jaką mieli otrzymać piłkarze Legii. W 2012 roku kontrowersyjnego wywiadu na łamach "Przeglądu Sportowego" udzielił Staniek. - Mam prawie pewność. Pojawiła się wtedy pewna kwota. Byłem kapitanem, wiem, że padła propozycja, 200 tysięcy marek. Powiedziałem, że mnie to nie interesuje, bo chcę mistrza zrobić. Mam duże wątpliwości, czy ten mecz był czysty - powiedział.

W trakcie przerwy w grze spowodowanej kontuzją propozycję korupcyjną miał też otrzymać sędzia Czyżniewski. - Krążyły różne legendy, ale pomagali mi przecież przedstawiciele obu drużyn. Zapewniam, że nikt nie oferował mi żadnych środków płatniczych - mówił arbiter.

W takie historie nie wierzą też sami zawodnicy. - Bzdura! Przynajmniej ja o niczym nie wiedziałem. Do końca walczyliśmy o zwycięstwo. Po tym, jak Widzew strzelił drugiego gola, wyprowadziliśmy szybą akcję i strzeliliśmy na 3:2, ale sędzia odgwizdał spalonego. Byliśmy wściekli, Jacek Zieliński o mały włos nie rozszarpał sędziego. Tak raczej nie zachowują się piłkarze, którzy sprzedali mecz - mówił nam Czereszewski.

- Pamiętam ten wywiad i muszę powiedzieć, że szkoda mi Rysia. Chyba jakaś dziwna frustracja w niego wstąpiła. Powiem tak: jeśli wszystko było ustawione, to każdy z nas powinien dostać za to Oscara. Dajmy już spokój - zakończył Michalski.

wróć do strony głównej