„Pewex to był przede wszystkim zapach. Niepowtarzalna mieszanina kawy, słodyczy, perfum i nowych ubrań”

Fot. Adam Golec / Agencja Gazeta

Za miękką kotarą znajdowały się świątynie luksusu, który – jak się po latach okazało – luksusem wcale nie był, bo mydełko Fa czy papierosy Winston niebawem można było kupić w każdym kiosku. W czasach PRL-u peweksy wodziły na pokuszenie.

Pamięć o asortymencie peweksów jest selektywna. Ówczesne nastolatki pamiętają dżinsy Montana, Rifle, Levi’s, Wrangler, Jordache. Dorośli – perfumy Masumi i Soir de Paris, dezodoranty Bac, prążkowane mydełka Fa. Dzieci zaś czekoladę Toblerone, gumy Donald i te w kształcie kolorowych kulek. Peweksy i baltony (sklepy m.in. dla marynarzy, dyplomatów i pilotów) z czasem owiała mgła sentymentalizmu. Zatarł się także jasny podział, który sporo mówił o tych, którzy w ogóle mają wspomnienia z zakupów w peweksie. A kupowanie w tych oazach luksusu było jasnym sygnałem, że konsument taki w siermiężnych czasach PRL-u był lepszy, bo miał dolary.

Lada – kasa – lada

Jan nie miał nic z peweksu, a rodzice tłumaczyli mu, że to sklepy dla ludzi bogatych. – Byłem w nich może ze trzy razy, z krewnym, dla towarzystwa. Robiły wrażenie! Pamiętam regały z lustrami, które potęgowały efekt luksusu, przeszklone lady i witryny, w których znajdowały się co cenniejsze towary, przyciemnione światło, ciężkie kotary na wejściu i system lada – kasa – lada – wspomina.

Jan ma poniekąd rację. Peweksy i baltony były synonimem miejsc opływających w luksusy, które swoje wrota otwierały dla klientów mających dewizy, czyli obcą walutę. Były to luksusy w rozumieniu tamtych czasów. Czasów, w których – jak w wywiadzie wspomina twórczyni logotypu Peweksu Elżbieta Magner przy okazji otwarcia ekskluzywnego Hotelu Kasprowy w Zakopanem w 1974 roku – życzono sobie, żeby na pięćdziesięciolecie PRL w każdym domu w Polsce były takie łazienki jak tam.

O jakich wnętrzach mowa? Przypomni nam o tym choćby serial Netflix "Rojst‘97". Jedna z pierwszoplanowych postaci – Anna Jass, w tej roli Magdalena Różczka – spędza noce właśnie w takim luksusowym miejscu. Serialowy hotel Centrum może i z ówczesnej perspektywy nie wyglądał atrakcyjnie z zewnątrz, ale w środku! W środku to zupełnie co innego. Olbrzymie łóżko rodem z amerykańskich filmów, śnieżnobiała pościel, eleganckie meble zamiast meblościanek czy sztuka nowoczesna na ścianach to było coś. A do tego prysznic w łazience, gdy w polskich domach kąpano się w wannach. Luksus w hotelu aż unosił się w powietrzu.

Polacy z zazdrością słuchali opowieści osób, którym było dane zatrzymać się na nocleg w prestiżowym hotelu i z utęsknieniem patrzyli na witryny Peweksu. Nie wiedzieli, jak jest na świecie, trudno więc, żeby marzyli z rozmachem o rzeczach materialnych. Luksusem był żel pod prysznic, butelka coca-coli, puszka z brzoskwiniami, puder marki Yardley.

Bliskie kuzynostwo Patrycji często wyjeżdżało na placówki. – Różnica między nimi a nami była ogromna. Dzieci z tamtej rodziny miały klocki Lego, matchboksy (metalowe autka – przyp. red.), kolorowe ubranka z zabawnymi rysunkami. Część z tych rzeczy zdecydowanie pochodziła z peweksu. Jak kiedyś kuzynka przyłapała mnie na myszkowaniu w ich łazience (udekorowanej pamiątkami z podróży oraz stosami francuskich i angielskich czasopism) i wyciskaniu pasty do zębów, usłyszałam, jak wysyczała przez zęby: „Zostaw, jest ZAGRANICZNA!”.

Peweksy (Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego „Pewex”) powstały, ponieważ w czasach PRL-u polska waluta była niewymienialna, a państwo chciało skupywać od swoich obywateli waluty obce, które krążyły dzięki ciotkom i wujkom mieszkającym za granicą. Pierwsze sklepy sieci Pewex pojawiły się w 1972 roku z przekształcenia sklepów dewizowych PeKaO, w których można było płacić bonami bankowymi. W peweksach można było kupować za dolary i marki.

Sprzedawano w nich towary z importu i polskie towary eksportowe, żeby ściągnąć z rynku dewizy. Za czasów rządów Edwarda Gierka nikt nie wnikał, skąd Polacy mieli dewizy. Poza Polską w owych czasach około 100 tys. rodaków legalnie pracowało na budowach w Libii, Iraku, a 1,3 mln wyjechało z Polski w czasach PRL. Na początku powiew luksusu można było poczuć w niespełna 500 sklepach, później ich liczba wzrosła do 840. W 1979 roku, jak pisze Aleksandra Boćkowska, autorka książki "Księżyc z Peweksu. O luksusie w PRL", peweksy były w 242 miastach i miejscowościach.

Pewex w Warszawie (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Unikalny zapach wyjątkowości

Jak sobie wspominam Pewex, to muszę sięgnąć do czasów, kiedy byłam mała. A to, co w kontekście tego sklepu rzuca mi się teraz, z perspektywy czasu, w oczy, to fakt, jakże niskie były moje oczekiwania – mówi Agnieszka. – Nie znałam marek, nie wiedziałam, co kryje się w kolorowych opakowaniach, ledwo wystawałam znad lady, bo przecież ekspedientki podawały towar, ekscytowałam się, ale nie do końca wiem czym – opowiada. – Jestem z Warszawy, wydaje mi się, że jeden pewex, w którym bywałam, był w Śródmieściu, przy Kruczej, a drugi gdzieś koło mojej babci na Bielanach. Babcia wyjeżdżała do Stanów do swoich sióstr, miała więc dolary, za które mogła kupować w peweksie dobra wszelakie. Pamiętam wielkogłową lalkę Fleur, którą od niej dostałam. Po latach dowiedziałam się, że była to taka lalka aspirująca do Barbie, gorsza do oryginału. I jeszcze czekoladę „dmuchaną” z bąbelkami powietrza – pamiętam, że miałam do niej ambiwalentny stosunek, a idea takich nadmuchanych kostek jakoś nie do końca mi odpowiadała. Miałam także cienkie białe rajstopki w winogronka, które pomimo upalnego lata założyłam do pierwszej komunii, a także gumy Donald pakowane po dziesięć sztuk, które miały historyjki – przechowywałam je, bo pachniały gumą. Zresztą to, co najbardziej pamiętam, to że peweksy miały swój bardzo określony zapach. Tak samo pachniało w szafce wypełnionej przywiezionymi ze Stanów rzeczami w meblościance babci po jej powrocie z wyjazdów do sióstr. Tego zapachu nie da się opisać. To była taka świeża nuta, mieszanka perfum, kawy, zapachu słodyczy i nowych ubrań – wspomina Agnieszka.

Polskie, niepolskie, swojskie

Andrzej dopiero po latach połączył kropki. – Duża, ciężka puszka szynki Krakus Polish Ham trafiała na stół od wielkiego dzwonu, ale zawsze smakowała obłędnie. Grube plasterki były pyszne nawet jedzone same, bez chleba z masłem. Do tej pory ten zapach i smak kojarzą mi się z dzieciństwem, chociaż teraz szynkę grubo smaruję chrzanem – mówi.

Andrzej bardzo długo sądził, że to szynka zagraniczna, nie zastanawiał się, co znaczą słowa na opakowaniu. Dopiero po latach uświadomił sobie, że szynka była jak najbardziej polska.

Bo w peweksach lądowały nie tylko towary zagraniczne, lecz także pięknie odpicowane polskie produkty eksportowe. Były lepsze, w ładniejszych, kolorowych opakowaniach, z nazwami po angielsku, więc całkiem jak zagraniczne. Oprócz Polish Ham peweksy stały, a właściwie płynęły także polską wódką. Największą popularnością cieszyły się: extra żytnia, wyborowa i spirytus. Przez lata pół litra tej drugiej kosztował 1,1 dolara. – Pamiętam dokładnie wprawny ruch ekspedientek, które zawijały butelki z alkoholem w papier z logo sklepu, i torebkę z rysunkiem motyla – mówi Andrzej.

W peweksie kupić można było także telewizory, sprzęt elektroniczny: walkmany, magnetowidy, kamery. Zakup telewizora w tym sklepie doskonale pamięta Michał. – Moi rodzice całe życie ze wszystkich i wszystkiego robili sobie żarty, co więcej, mieli zacięcie aktorskie i sami się nakręcali, spontanicznie odgrywając scenki. Pamiętam, że kiedyś byliśmy w Augustowie pod namiotem i tam przy głównym placu był pewex. Rodzice pewnym krokiem weszli do środka i zaczęli oglądać telewizory. Ekspedient wszystko im pokazywał, opowiadał, mama grała nieprzekonaną i ciągle marudziła, tata i sprzedawca zachwycali się sprzętem. Po półgodzinie zamieszania tata, udając naiwnego, zapytał o cenę. Kiedy ją usłyszał, zajrzał do portfela i okazało się, że tym razem stać go było tylko na gumę do żucia dla mnie. Którą mi zresztą kupił.

Bony do Pewexu (fot. Patrol110 / Wikimedia.org / Domena publiczna)

To już nie wróci

Peweksy zaczęły tracić na znaczeniu pod koniec lat 90. XX wieku. Gwoździem do trumny stała się decyzja Ministra Finansów umożliwiająca wymianę złotówki na inne waluty, do tego wprowadzenie cła i podatków od towarów. W 1993 roku złożony zostaje wniosek o upadłość Peweksu. Zostaje jednak oddalony, podobnie kolejne. Zadłużenie Peweksu rośnie – u 90 wierzycieli dług sięga ponad 70 mln dolarów. Największych zwrotów domagają się właściciele Mitsubishi, Michimen i Sanyo. Po wielu zawirowaniach i zmianach właścicielskich w 1997 roku, ostatecznie w 2003 roku, 40 lat po powołaniu do życia, peweksy oficjalnie zniknęły z rynku. W tym samym roku w Polsce otwarte zostały pierwsze sieciówki ubraniowe.

Pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków plus, to, jak powiedziała Dorota Masłowska, pokolenie wychowane na lizaniu szyb peweksów i zbieraniu puszek coli. Wzruszać nas będzie okres, który choć jest już historią, wystarczy przypomnieć kilkoma przebłyskami. Impulsów nie zabraknie choćby w serialu Netfliksa "Rojst‘97".

W PRL-u zepsuty Zachód był Polakom obrzydzany. Kiedy ludzkiemu mózgowi czegoś mu się zakazuje, dochodzi do zjawiska reaktancji, czyli silnej potrzeby przywrócenia wolności wyboru. W tym wypadku pojawiła się więc silna potrzeba posiadania czegoś zagranicznego, niedostępnego, zakazanego. Okres PRL-u to potężny kryzys i gospodarka niedoboru. Większość czasu w rodzinach upływała na zdobywaniu, a potrzeby krążyły wokół pozyskiwania dóbr. Osoby, których dzieciństwo przypadło na tamte lata, mają raczej nieobciążone siermiężnością skojarzenia ich rodziców, którzy głównie kombinowali. Dzieci nie miały do czego równać ani do czego się porównywać. Towary z peweksu były po prostu wyjątkowe, a same sklepy i tło ich działania dla dzieciaków pozostawały całkowicie oderwane od polityki. A że najmłodsi mieli mało, to przedmioty bardziej kolorowe, światowe, spoza otaczającej rzeczywistości robiły ogromne wrażenie. Były wyjątkowe jak same przeżycia towarzyszące ich konsumowaniu. Co jeszcze bardziej można odczuć w czasach nadmiaru, w których żyjemy współcześnie. Zakupom nie towarzyszą już tak silne emocje. Chyba że w popularnej marce marketów rzucą crocsy.

wróć do strony głównej