Powódź tysiąclecia zabrała wiele. „Ogromnie współczuliśmy ludziom, których to dotknęło”

Fot. Adam Golec / Agencja Gazeta

Woda zabrała wiele. Przejęła domy – do niektórych po ponad dwóch dekadach nadal nikt nie wrócił. 24 lata temu Polskę, Czechy, Niemcy, Słowację i Austrię dotknęły konsekwencje powodzi tysiąclecia.

Dzieci wynoszono na plecach, starszych na rękach. Były miejsca, gdzie można było przejść, bo woda była do kolan, w innych pływały tylko łodzie i kajaki i tylko czasem ktoś odważny próbował przedostać się wpław. Straty materialne oszacowano na trzy i pół miliarda dolarów.

Zaczęło padać 3 lipca 1997 roku.

Trzy fale

Bezpośrednią przyczyną powodzi były opady deszczu o niezwykłej intensywności, szczególnie w dorzeczu górnej Odry i Wisły. Wystąpiły w trzech falach, zgodnie ze sprawozdaniem Najwyższej Izby Kontroli "Informacja o wynikach kontroli (.) oraz przebiegu działań ratowniczych w czasie powodzi na terenach południowej i zachodniej Polski w lipcu 1997 r.".

Fala pierwsza spowodowała wezbranie na Odrze. Druga je przedłużyła i doprowadziła do przypływu wód z dopływów Odry. Trzecia wystąpiła w dorzeczu Wisły. Według danych IMiGW opady, które były bezpośrednią przyczyną powodzi, rozpoczęły się 5 lipca 1997 roku i trwały nieprzerwanie około trzech dób.

Racibórz. ROBERT KRZANOWSKI / AGENCJA GAZETA

Pierwsze miejscowości zostały zalane już dzień później, 6 lipca, a ogromne ilości wody miały być zaskoczeniem dla mieszkańców, z których najpewniej bardzo niewielu zdawało sobie sprawę z powagi zagrożenia. Większość pomocy była organizowana na już bądź na wczoraj – według ustaleń Najwyższej Izby Kontroli stan pogotowia powodziowego został ogłoszony dopiero 6 lipca przez ówczesnego wojewodę katowickiego. Przez dwa dni poprzedzające pierwsze zalania Wojewódzki Komitet Przeciwpowodziowy na Śląsku nie otrzymał informacji o sytuacji, już wtedy bardzo trudnej, w Czechach i Austrii ani o występujących tam powodziach. Jedynym komunikatem, który dotarł do WKP, był wzrost opadów do 75 mm na dobę w dorzeczu górnej Odry i Nysy Kłodzkiej. I ostrzeżenie, że poziom wód będzie najprawdopodobniej wzrastać.

W Prudniku zostały zalane ulice Batorego i Sobieskiego, Tabory, tam ewakuowano też mieszkańców z domów – wspomina Mariola, która mieszka tam od kilku dekad.

Prudnik był jednym z pierwszych zalanych w 1997 roku miejsc, fala przyszła tam 6 lipca. – Woda była w spółdzielni Pionier i fabryce obuwia. Cała dolna część Prudnika zmagała się z powodzią, ale część domów uratowała się od wody, bo miasto jest położone na kilku wzgórzach. Dzięki temu można było się też w miarę swobodnie przemieszczać.

Po zalaniu pierwszych miejscowości sytuacja zaczęła być dramatyczna w kolejnych miasteczkach. Pod wodą znalazło się Kłodzko, Odra zalała część Opola i Racibórz, a następnie Wrocław i Rybnik. Fala powodziowa w dorzeczu górnej Odry przekroczyła najwyższe znane do tamtego momentu stany wód o dwa lub nawet trzy metry. Finalnie wylały wody kilkunastu rzek, między innymi Bystrzycy, Nysy Kłodzkiej, Widawy oraz górnej Wisły i Łaby.

Walka mieszkańców

Nasze miasteczko na szczęście nie ucierpiało w powodzi, ale ogromnie współczuliśmy ludziom, których to dotknęło – opowiada Michalina, która w 1997 roku była nastolatką. – Stacje cały czas nadawały obrazy z zalanych miejscowości, wydaje mi się, że cały kraj tym wtedy żył.

Powywracane samochody, całe osiedla pod wodą i buntownicy na wałach. Część wałów chciano wówczas wysadzić, przede wszystkim we wsiach pod Wrocławiem, by fala rozlała się po okolicznych polach i mniejszych miejscowościach, zanim dotrze do miasta i wszystko znajdzie się pod wodą. Ładunki pirotechniczne były już przygotowane, ale na przeszkodzie stanęli ludzie, którzy zaprotestowali przeciwko pozwoleniu na zalanie ich wsi.

Wałów nie wysadzono. Fala zalała blisko 40 proc. Wrocławia, na niektórych osiedlach woda sięgała pierwszego piętra. Ulica Piłsudskiego, obecnie jedna z głównych ulic miasta, została przemianowana przez część mieszkańców na rzekę Piłsudskiego. Gdyby popadało jeszcze trochę, byłaby rwąca jak górski potok.

Niektórzy wspominają tamte czasy ze zmęczeniem i udręką, gdy przypominają sobie podawanie wiaderek z wodą w piwnicy, gdzie razem z rodziną próbowali ratować dobytek. Inni z rozrzewnieniem, bo mieli szczęście mieszkać na terenach, które uchroniły się przed powodzią, więc dla nich był to czas skakania na główkę z dachu lokalnego kiosku czy romantyczna kolacja przy świecach w mieszkaniu. Są też twarze, na które czasem przybłąka się drobny uśmieszek, bo wróciły wspomnienia z jazdy Fadromą, która woziła mieszkańców od barykady do barykady w łyżce, w której mieściło się nawet kilkanaście osób.

Wsiadałam w stroju kąpielowym i trampkach, z rowerem na ramieniu, w drodze do ostatniego kiosku z zapałkami – dzieli się swoimi przeżyciami jedna z pasażerek pod archiwalnym zdjęciem z tamtego lata. Jak wspomina, dno było pokryte "szlamem i szczurami", kąpielówki świetnie się sprawdzały w tamtych warunkach, a rower przydawał się na terenach, których powódź tak bardzo nie dotknęła. Ale mimo tego wszystkiego jazda Fadromą była swego rodzaju przygodą.

Wszyscy wspominają ten okres jak czas próby. Próby, podczas której najważniejszy okazywał się drugi człowiek. Ludzie dbali o siebie nawzajem, pomagali sobie, wspierali się.

- Lokalna piekarnia dała worki po mące, siostry urszulanki poszewki, babcie donosiły kanapki, a dzieci zatrzymywały samochody, żeby pokazać, gdzie są piaskownice. Mieszkańcy ładowali piasek do worków, silniejsi przenosili je na wał – wspominała w reportażu Karolina Kijek.

Czuliśmy, że to walka o przetrwanie. To mobilizowało. Mówiliśmy do przechodzących: "Chodźcie pomóc". Nikt się nie wykręcał brakiem czasu. Wszyscy pracowali jak jeden mąż: i profesor, i student, i bezrobotny, i pracownik sklepu – przyznaje Jacek Przybyło, rozmówca reporterki Gazety Wyborczej. – Ostatnią taką mobilizację i solidarność pamiętam ze stanu wojennego – dodał.

Lipiec 1997 roku. Wrocław. KRZYSZTOF RAK / AGENCJA GAZETA

Powódź niemym bohaterem

Powódź tysiąclecia, wydarzenie tak ważne w historii Polaków, stało się tłem, wręcz niemym bohaterem serialu Netfliksa "Rojst’97", który można oglądać na Netflix od 7 lipca. Serial zaczyna się od archiwalnych filmów z zalanych miejscowości, na których widać ulice-rzeki, ludzi na dachach i pontony z ochotnikami rozwożącymi jedzenie.

Potem widać budynki obstawione białymi workami z piaskiem, ubrania suszące się wśród gałęzi drzew, a na ekranach pojawiają się wiadomości z powodzią w roli głównej. I błotna droga, po której jedzie samochodem Adam Mika, grany przez Łukasza Simlata, mijając po obu jej stronach wystawiane na słońce przemoczone szafy. Pędzi, bo właśnie dostał informację o nowej zbrodni.

Serialowa powódź odkrywa przed policjantami nie tylko kolejne kryminalne zagadki, oszustwa i przekręty z lat 90. W "Rojście ‘97" motyw wody pojawia się bardzo często – jest mowa zarówno o wysadzaniu wałów, suszeniu nocą urzędowych dokumentów, jak i digitalizacji zalanych policyjnych archiwów.

Czy powódź z 1997 roku może się powtórzyć?

W 1998 roku Najwyższa Izba Kontroli opublikowała krytyczny raport, w którym jasno zostało podkreślone, że wina za katastrofalne skutki powodzi leży nie tylko po stronie natury – rząd nie opracował i nie przyjął koncepcji ochrony przeciwpowodziowej, a komitety przeciwpowodziowe wszystkich szczebli nie były przygotowane do działań.

Ponadto "brakowało osłony hydrologiczno-meteorologicznej, przygotowanej do działań przy gwałtownie narastających zjawiskach powodziowych. Brak systemu pomiarowego i prognostycznego w oparciu o radary meteorologiczne". Tak wyglądała sytuacja kilkanaście miesięcy po zalaniu południowej i zachodniej Polski.

NIK przeprowadziła kontrolę dwa lata później – i nadal stan zabezpieczenia przeciwpowodziowego kraju się nie poprawił. W podobnym tonie utrzymany był raport z 2004 roku, w którym napisano, że „od lat opracowywane i modyfikowane programy (.) nie uzyskiwały akceptacji i nie były wdrażane do realizacji”.

W ciągu ośmiu kolejnych lat pojawiło się wiele raportów, jednak liczba niewdrożonych zaleceń i opisów nieprzygotowania do kolejnej powodzi jest zbyt duża, by je wszystkie zmieścić w jednym akapicie – NIK opisała, że „budowle hydrotechniczne w Polsce są w coraz gorszym stanie technicznym, a nowych nie buduje się tyle, ile potrzeba”.

W 2020 roku opublikowano raport dotyczący Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie. PGW Wody Polskie utworzono w 2018 roku w związku z wymaganą przez Unię Europejską reformą prawa wodnego.

Tytuł raportu – "Chaos u podstaw" – mówi wiele o działaniu tej instytucji. W sekcji "Ochrona przed powodzią" możemy przeczytać, że "brak lub niewystarczające działania dyrektorów regionalnych zarządów gospodarki wodnej dotyczące takich kontroli były postępowaniem niezgodnym z prawem, czego skutkiem mogło być niezapewnienie właściwej ochrony ludności i mienia przed powodzią". Po więcej szczegółów warto zajrzeć na stronę Najwyższej Izby Kontroli.


*

Powódź z 1997 roku zalała 2592 miejscowości – 1362 całkowicie, 1230 częściowo. Zginęły 54 osoby. Utonęło około 1900 sztuk bydła, 5900 sztuk trzody chlewnej, 260 owiec, milion kur. I wiele, wiele innych zwierząt. Pod wodą znalazło się łącznie 665 tys. ha gruntów.

Po powodzi we Wrocławiu i w wielu innych miejscowościach na terenach wcześniej zalanych zezwolono na budowę domów. Pozostaje pytanie, czy uda nam się uchronić przed następną wielką powodzią.

wróć do strony głównej